Kinderwyprawka sierakowsko – międzychodzka

Po asfaltowej czerwcowej kinderwyprawce pomyślałem, że fajnie by było, aby dzieciaki (i co poniektórzy rodzice) posmakowały jazdy polnymi i leśnymi drogami ze wszystkimi tego urokami i przywarami. No i jak pomyślałem, tak zabrałem się do dzieła. Pod koniec czerwca zrobiłem mały rekonesans po dawno nie odwiedzanych miejscach Wielkopolski, no i jasnym się stało, że najlepszym miejscem na kinderwyprawkę będą okolice Sierakowa i Międzychodu. Mały ruch samochodowy, dużo dość dobrze utrzymanych gruntówek, malownicza, pagórkowata okolica i dostatek jezior – to były niezaprzeczalne atuty tego wyboru. Po dość intensywnych poszukiwaniach odpowiedniego miejsca noclegowego przypomniałem sobie o funkcjonującej niegdyś stanicy harcerskiej w Prusimiu. Okazało się, że harcerze stamtąd dawno się już wyprowadzili. Jednak nie odpuszczałem. Po kilku telefonach do gminy okazało się, że miejscówka dalej funkcjonuje, i można ją wynająć. Cóż było robić? 😉 Zaklepałem miejsce i zacząłem zbierać ekipę. Odzew przerósł moje oczekiwania. 🙂

Czternastego czerwca – w czwartek po południu stawiamy się w bazie kinderwyprawki. Im bliżej wieczora, tym w stanicy robi się ciaśniej. Stawiamy namioty, adaptujemy wiatę pod nasze potrzeby i zaczynamy przygotowania do wieczornego ogniska. Tymczasem…

… taka jest reakcja dzieci na wiadomość, że pierwszego popołudnia nie będzie wycieczki 😉

 Przejdź do fotorelacji tutaj.

Reklamy

W poszukiwaniu babiego lata w Parku Narodowym Ujście Warty

Miało nas być trochę więcej, to znaczy rowerzystów, rowerzystek i rowerzyściątek, ale… zapał ostygł, choroby porozkładały i z całej listy chętnych na placu boju zostaliśmy…ja z Alą. Nie zrażeni tym faktem (no, Ala trochę narzekała, że nie będzie koleżanek) postanowiliśmy sprawdzić, czy w Ujściu Warty uda nam się zobaczyć babie lato. Na miejscu okazało się, że pogoda była nam bardzo przyjazna. Lekki wiaterek, trochę chmur i co chwilę zza nich wyglądające słoneczko. Wyposażeni w górę kanapek i innych smakołyków ruszyliśmy na podbój betonki. A tam, jak zawsze – pięknie…

Spotkanie z pierwszymi przedstawicielami regionu
Spotkanie z pierwszymi przedstawicielami regionu
Widoki z platformy obserwacyjnej
Widoki z platformy obserwacyjnej
IV most
IV most
Czasami nawierzchnia betonki pozostawiała nieco do życzenia...
Czasami nawierzchnia betonki pozostawiała nieco do życzenia…
Sielsko anielsko
Sielsko anielsko

O_2013-03599

O_2013-03600 O_2013-03603 O_2013-03605

Prawie jak "Bociany" Chełmońskiego ;)
Prawie jak „Bociany” Chełmońskiego 😉
Wędkarski raj
Wędkarski raj
Obserwujemy krowę forsującą bród
Obserwujemy krowę forsującą bród
Młody perkoz
Młody perkoz
Spłoszone gęsi
Spłoszone gęsi

O_2013-03641

Na „betonce” spędziliśmy sporo czasu – Ala podziwiała ptaki i pasące się krowy i konie, a tata fotografował. Babiego lata niestety nie zobaczyliśmy. Pojedyncze nici, pająków w powietrzu nie było. Po prostu zbyt mało czasu upłynęło od ostatnich opadów, no i było jeszcze trochę za mokro i za chłodno.

W końcu przyszedł czas na odwrót. Niespiesznie wróciliśmy do Słońska, aby stamtąd pojechać w kierunku promu w Okszy.

O_2013-03645 O_2013-03646

Najpierw jednak trzeba było uzupełnić siły – przekąska pod sklepem w Słońsku. Posileni ruszyliśmy dalej – Szlakiem Gęgawy. Trasa w kierunku Kłopotowa i Okszy wiodła w całości po wale przeciwpowodziowym. Więc widoki były nieco bardziej rozległe, niż z poziomu łąk. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do zabytkowej stacji pomp, gdzie urządziliśmy dłuższy popas i odpoczynek.

O_2013-03647 O_2013-03649 O_2013-03652 O_2013-03654 O_2013-03655 O_2013-03657 O_2013-03659 O_2013-03660

Do Kłopotowa dojechaliśmy z pewnymi kłopotami – nawierzchnia drogi na wałach była niekończącą się tarką. Ala, mimo, że wykazała się dużą dzielnością, w pewnym momencie zaczęła domagać się zakończenia trasy. Ale ostatecznie udało się… Nad Wartę dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. A po chwili już byliśmy na promie, tuż przed jego zakończeniem pracy tego dnia. Ala miała niesamowitą frajdę z przeprawy. 🙂 Na drugim brzegu już czekała na nas polana biwakowa. Szybko rozbiliśmy namiot, urządziliśmy mikroskopijne ognisko na dwie kiełbaski (tyle miałem drewna ze sobą) i wśród odgłosów gęsi i żurawi pogrążyliśmy się we śnie. W nocy słyszałem odgłosy samochodów. Rankiem okazało się, że to wędkarze, którzy przyjechali na nocne połowy.

O_2013-03665 O_2013-03668 O_2013-03673 O_2013-03674 O_2013-03676

O poranku wyszło słońce i szybko wysuszyło namiot. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę. W Okszy odwiedziliśmy zabytkowy kościół o konstrukcji szachulcowej – gdyby nie krzyż na kalenicy, to nigdy bym się nie domyślił, że to świątynia. Lokalnymi asfaltami wśród łąk dojechaliśmy do samochodu i w ten sposób zakończyliśmy rowerową część naszego weekendu.

O_2013-03683 O_2013-03685 O_2013-03687

A na zakończenie – i nagrodę dla dzielnej rowerzystki odwiedziliśmy zoo – safari w Świerkocinie. Ala była zachwycona. 🙂

O_2013-03703 O_2013-03713 O_2013-03718 O_2013-03735 O_2013-03749

Safari było prawdziwe, jechało się własnym samochodem przez ogrodzone pastwiska, na których swobodnie chodziły zwierzaki z różnych regionów świata.
Wielbłądy wykazały wielkie zainteresowanie rowerem znajdującym się na dachu samochodu – zacząłem mieć obawy, czy nie poobrgyzają wystających elementów. 😉
Inne zwierzaki też wyjawiały ciekawość – albo raczej nadzieję na jakiś kąsek??? Na zakończenie odwiedzin – obeszliśmy małe klasyczne zoo oraz skorzystaliśmy z uciech na karuzelach, które były w cenie biletu. Mimo, że tata ledwo się mieścił w siedziskach, też sobie przypomniał dziecięce lata. 😉

O_2013-03783

I tak zakończyliśmy nasz rowerowo – przyrodniczy wypad weekendowy. 🙂

Słowenia

Po fascynacji Bałkanami widzianymi przez pryzmat Czarnogóry, naturalną koleją rzeczy były odwiedziny w kolejnym z krajów byłej Jugosławii. Padło na najbliższą nam Słowenię. Kraj, który został najmniej dotknięty wojną po upadku Jugosławii w latach 90-tych. Przez to najlepiej rozwinięty gospodarczo, a przez sąsiedztwo z Włochami i Austrią najbardziej „zachodni”. Nas najbardziej kusiły Alpy Julijskie i przebiegające przez nie drogi. Spodziewaliśmy się niezłych podjazdów w pięknych górskich sceneriach i nie przeliczyliśmy się. Jedyne czego w tej podróży trochę zabrakło, to niesamowitej ludzkiej otwartości i gościnności, jaką spotkaliśmy w Czarnogórze. Ale i tak – było dobrze.

Relacja

Czarnogóra

Pośród kilku krajów „kotła bałkańskiego” jest sobie takie małe państewko, wielkości województwa lubuskiego… Czarnogóra. Można by rzec, obszar do objechania rowerem w tydzień i obejrzenia wszystkiego co ciekawe. Nic bardziej mylnego. Czarnogóra to państwo pełne kontrastów, zmieniających się co kilka kilometrów widoków, wspaniałej przyrody i gór. Gór po horyzont. Od granicy do granicy. O wyjeździe na Bałkany razem z Monią myśleliśmy już od dawna, jednak zawsze ten kierunek jakoś przegrywał z innymi „okazjami”. W końcu, przyszedł czas. Z bałkańskich państw Czarnogóra wydała nam się najbardziej pociągająca, m.in. dzięki relacji zaprzyjaźnionej z nami rowerowejrodzinki. Na wakacje tym razem zamierzaliśmy wybrać się samochodem, zaoferowaliśmy więc naszym znajomym – podróżujących tandemem – pozostałe dwa wolne miejsca transportowe. I tak skompletowaliśmy ekipę na wakacje 😉
Przed wyjazdem dość mocno przysiedziałem nad mapami i przewodnikami, tak aby trasę naszej podróży (rowerowej) poprowadzić przez najciekawsze, a jednocześnie mniej znane miejsca Czarnogóry. No i chyba się udało…

Relacja

Z Rovinij do Puli

Od rana, zaraz po wyruszeniu w drogę, musimy podjąć decyzję co do trasy. Albo jechać w pewnym oddaleniu od morza główną, ruchliwą drogą w kierunku Puli, albo około dziesięciu kilometrów szutrówkami wzdłuż wybrzeża, aby dotrzeć do lokalnego asfaltu, którym dalej bez problemu będziemy mogli zmierzać w kierunku Puli. Jednym z dodatkowych argumentów przekonujących do jazdy szutrówkami jest możliwość odwiedzenia znajdującego się blisko morza rezerwatu ornitologicznego, gdzie prawdopodobnie można oglądać ptaki. Wybieramy szuter.

O_2015-01367
Czasami na postój nie ma zbyt wiele przestrzeni…

Okazuje się, że nie jest taki zły – tymi drogami jeżdżą samochody i raczej nie są to terenówki. Dajemy się przez chwilę poprowadzić znakowanemu szlakowi rowerowemu, których na Istrii jest bardzo dużo. Droga nas wiedzie w kierunku morza i trafiamy na bardzo malowniczą kamienistą plażę. Oczywiście zarządzamy tam odpoczynek i popas.

O_2015-01374
Sami na plaży w Chorwacji – spełnienie marzeń niejednego wczasowicza!
O_2015-01376
Całkiem tu malowniczo
O_2015-01379
Ile można czekać na obiad! Mniam mniam, słone kamyczki 🙂
O_2015-01384
Szóstego już chyba nie dam rady…

Po posiłku przychodzi czas na zabawy i sjestę. Tak tu miło, że nie chce się dalej jechać. Więc – nie jedziemy. Dziewczyny sobie dokazują, tata fotografuje, a mama zbiera promienie słońca 🙂 Pogoda jest rewelacyjna – słoneczko grzeje, wiatr nie chłodzi, morze prawie się nie kołysze… sielanka…

O_2015-01389 O_2015-01391 O_2015-01396

O_2015-01397Kiedyś jednak trzeba ruszyć w dalszą drogę. Tym bardziej, że nieopodal czeka nas kolejna atrakcja. Rezerwat ornitologiczny, który okazuje się być nieźle przygotowany na przyjęcie turystów. Przy wejściu do rezerwatu domek, gdzie znajduje się kasa, ale można tam też odpocząć. Dalej bardzo przyjemna dróżka i… zakaz wjazdu wszelkich pojazdów. Na szczęście jesteśmy jedynymi przedstawicielami gatunku w promieniu kilku kilometrów, więc podnosimy szlaban i cichutko podążamy dalej dróżką. Zresztą nie mamy wyboru, to praktycznie jedyna droga, którą możemy się przedostać dalej.
Sam rezerwat to okrągłe jeziorko z trzcinowiskami, jakich  Polsce wiele. Ale właśnie tutaj liczy się lokalizacja – gdyż takich jeziorek w bliższej lub dalszej okolicy raczej się nie użyczy. A to dodatkowa zachęta dla ptaków!

O_2015-01407
Czatownia nad jeziorkiem
O_2015-01403
Chwilę czekamy – i jest ciekawa zdobycz. Szczudłak. Nie wiem jak bardzo tu jest rzadki/popularny, ale dla mnie to pierwsza obserwacja tego gatunku.

Przejeżdżamy przez rezerwat i trafiamy na wąskie ścieżki piesze biegnące w kierunku morza. Momentami jest ciasno i kamienisto, ale dajemy radę. Docieramy do kolejnej plaży, ta jest otoczona kempingami. Ale mam odczucie, że tutaj jakby trochę przyjemniej niż na wcześniej mijanych molochach kempingowych. Już wiem o co chodzi – cały kompleks jest otoczony lasami. Nie ma tu żadnych wiosek, miasteczek – wszystko położone głęboko w lesie, nad morzem.

O_2015-01408
Jeszcze tylko ta plaża i znów wrócimy na szutrówkę
O_2015-01412
Przeciąganie roweru lepiej idzie po takich kamykach niż po kopnym piasku nadbałtyckich plaż 😉

Po wyjechaniu z rejonu kempingowego znów zagłębiamy się szutrami w tereny porośnięte wątłymi lasami i makią. To zdecydowanie nasz najbardziej szutrowy dzień.

O_2015-01417
Na tutejszych drogach gruntowych nie ma mowy o piachu albo błocie – wszystkie są wykonane z wapieni – na Bałkanach nawierzchnię takich dróg nazywają macadamem
O_2015-01418
Jednak są też momenty, gdzie Monia musi mocno zwalniać, żeby nie wytrząść delikatnego jeszcze kręgosłupa Lilki.

Urokiem tras szutrowych jest (przynajmniej o tej porze roku) praktycznie zerowy ruch samochodów. W ciągu całego dnia jadąc szutrówkami mijają nas może dwa, góra 3 samochody. Gdyby nie okresowe kamienie wystające z drogi i dziury, istryjskie szutrówki byłyby idealne do podróżowania rowerami z malutkim dzieckiem w przyczepce.

Po całym dniu jazdy docieramy do miejscowości o ciekawej nazwie Barbariga. W marcu ta miejscowość wypoczynkowa sprawia wrażenie zupełnie wymarłej. Przejeżdżamy przez całe miasteczko nie widząc ani jednego człowieka, ani jednego jadącego lub zaparkowanego samochodu… Wszystko pozamykane i czeka na ciepełko, które tu za miesiąc lub dwa dotrze. No właśnie, po dojechaniu do tej miejscowości nagle uświadamiam sobie, że chyba robi mi się zimno. Fakt, większość dnia jadę w krótkim rękawie i krótkich spodenkach, a tu na termometrze już tylko 11 stopni. Czuć zbliżający się koniec dnia. Przepraszamy się z cieplejszymi wdziankami i opuszczamy opustoszałe miasteczko. Kilka kilometrów za Barbarigą dojeżdżamy do dużego kompleksu działek rekreacyjnych położonych nad samym morzem. To oznacza szansę na bardzo dobrą miejscówkę! Pomiędzy działkami wyszukujemy „ziemię niczyją” – i tam w odległości kilku metrów od skalistego brzegu o samym zachodzie słońca rozbijamy namiot.

O_2015-01422
Na najbardziej romantycznym z biwaków

Mimo bliskości morza nie zanosi się na ciepły nocleg. Po zachodzie słońca temperatura szybko podąża w kierunku zera. Gotuję więc odpowiednią ilość herbaty do termosu na pobudkę i po obfitej ciepłej kolacji zaszywamy się w śpiworach.

O_2015-01428

Wczesnym porankiem chmury przez chwilę blokują dopływ promieni słonecznych i ciepełka, ale nie trwa to długo. Już koło 8 rano zaczyna się robić całkiem przyjemnie. Śniadanie oczywiście zjadamy przed namiotem, a chwilę później dziewczyny wybierają się na spacer w poszukiwaniu muszelek i innych morskich skarbów.

O_2015-01442
Poranny spacer brzegiem morza
O_2015-01451
Dzięki nocnikowi w 100% omijają nas wszystkie przykre pieluchowe niespodzianki. 🙂
O_2015-01467
Podczas zwijania obozu dziewczyny dokazują w trawie.

Ruszając w trasę sprawdzam na mapie – do Puli już niedaleko, dzisiaj na pewno dotrzemy. Dzięki wczorajszemu przeskoczeniu szutrami do Barbarigi omijamy główną szosę i mijając malownicze kamienne miasteczka bocznymi asfaltami podążamy na południe.

O_2015-01476
Charakterystyczne kamienne murki można spotkać praktycznie w każdej części Istrii
O_2015-01478
Podobnie stare kamienne domy

Po drodze odwiedzamy Fažanę, znaną miejscowość wypoczynkową i lokalny port, z którego najłatwiej można dostać się na niedalekie wyspy Brijuni. W miasteczku spędzamy kilka chwil oglądając miejscową architekturę i przyjemne nabrzeże.

O_2015-01484
Zabytki Fažany
O_2015-01486
Nabrzeże w Fažanie, w oddali majaczą wyspy Brijuni

Z Fažany mamy już tylko rzut beretem do Puli. Jest to jednak największe miasto półwyspu, więc aby nie wpakować się w największe wylotówki z miasta, korzystamy z nawigacji i uciekamy na boczne drogi, które bezbłędnie dojeżdżamy do portu i centrum Puli. Miasto to zawsze kojarzyło mi się z rzymskimi budowlami, ale niestety nie mam bladego pojęcia, co można tutaj konkretnie zobaczyć. Jednak zbliżając się do centrum problem sam się rozwiązuje. Na pierwszym planie rośną przed nami okazałe ruiny amfiteatru, wiernej (ale mniejszej) kopii rzymskiego koloseum. Zostawiamy rowery przy kasie biletowej i niespiesznie obchodzimy całą budowlę.

O_2015-01513
W pulijskim amfiteatrze

O_2015-01518

O_2015-01525

 

 

 

 

 

O_2015-01527
Główny plac Puli – Forum, przy którym znajduję się kilka znamienitych zabytkowych budowli oraz informacja turystyczna.

Kolejny punkt programu – w centrum odnajdujemy punkt informacji turystycznej i już jesteśmy zaopatrzeni w plan miasta z zaznaczonymi głównymi atrakcjami i zabytkami miasta. A więc do dzieła! Jeszcze tylko dzięki darmowemu wi-fi przy informacji sprawdzam prognozy na najbliższe dni… i uśmiech znika mi z twarzy. Patrzę na bezchmurne niebo i nie do końca chcę uwierzyć to co widzę na ekranie telefonu. Od jutra przez trzy dni – załamanie pogody, ulewne deszcze, porywisty wiatr, wszystko co najgorsze dla rowerzysty… Dla pewności sprawdzam jeszcze kilka innych serwisów pogodowych i już nie mam złudzeń. Powrót na rowerach do Pazina, w którym zostawiliśmy samochód, w taką pogodę nie wchodzi w grę. Więc aby do końca wykorzystać dobrą pogodę, do wieczora objeżdżamy najciekawsze miejsca w Puli.

O_2015-01531
Łuk Sergiusza w Puli

A wieczorem, zamiast szukać miejsca pod namiot, podjeżdżamy pod zamkniętą już informację turystyczną i przeszukujemy w internecie oferty noclegowe w pobliżu dworca autobusowego. W związku z prognozowanym załamaniem pogody postanawiam podjechać jutro rano do Pazina autobusem i przyjechać samochodem do Puli. W tym czasie dziewczyny poczekają na mnie w miejscu noclegu. Zaopatrzeni w listę kilku hosteli w okolicy ruszamy na nocny rajd po mieście. Okazuje się jednak, że spośród wszystkich znalezionych ofert – czynny jest tylko jeden hostel – Pipistrelo, tuż przy głównym placu – Forum. W hostelu pustki, więc bez żadnych negocjacji dostajemy 3 osobowy pokój w cenie 2 osobowego. Rowery i przyczepka wędrują do pralni, a my na zasłużoną kolację i kąpiel.

Nazajutrz wczesnym rankiem w drodze na dworzec autobusowym dopadają mnie pierwsze krople deszczu…

 

 

Kinderwyprawka sierakowsko – międzychodzka. Dzień 2

Trasa: Prusim – Międzychód – Skrzydlewo – Kamionna – Prusim

Kolejny dzień – kolejna wycieczka.Tym razem w okolice Międzychodu.

O_2014-02782Z porannego rozgardiaszu powoli zaczyna się formować grupa wycieczkowa. 🙂

O_2014-02788Podążając takimi drogami, mamy poczucie pełnego bezpieczeństwa. Jedynym zagrożeniem są czyhające pod trawą korzenie i szyszki. 😉

O_2014-02798Droga do Międzychodu mija nam wyjątkowo szybko. A jeszcze szybciej dopada nas gwałtowna ulewa, ledwo zdążamy się schować w miejscowej knajpie i lodziarni 😉 Jako, że w Międzychodzie jest jedna z niewielu tego dnia okazji na trasie na porządny posiłek, rozpierzchamy się w poszukiwaniu ciepłych konkretów. Po godzinie z okładem spotykamy się przy rowerach i jesteśmy gotowi do dalszej drogi.

O_2014-02809

Oczywiście co szybsi w jedzeniu czasu na siedzenie nie trwonią… 😉

O_2014-02820

A to nasza najmłodsza uczestniczka kinderwyprawki 🙂O_2014-02823

Po deszczu ani śladu, więc z wesołymi minami kontynuujemy wycieczkę.O_2014-02825

Na szosie pusto, więc można trochę rozluźnić szyki. O_2014-02831

Oczywiście szyki są rozluźnione, ale pod pełną kontrolą rodziców. 😉O_2014-02834

Ze Skrzydlewa do Kamionnej prowadzi malownicza pagórkowata gruntówka. O_2014-02836

Ale zanim pojedziemy dalej, trzeba sobie trochę pogadać i się pośmiać. Przecież się nigdzie nie spieszymy… 😀O_2014-02841

Takie drogi lubimy. Szkoda tylko, że mirabelki już opadły…

O_2014-02845

Gdzieś pośród pól…O_2014-02850

Dokąd drużyna ta pędzi? Na lody!!!

O_2014-02860

Ostatnie kilometry przed bazą.O_2014-02871A w bazie też się dzieje 😉 O_2014-02876

Po mile spędzonym dniu przychodzi czas na kiełbaski i pogaduchy do późnego wieczora… O_2014-02891

Późny wieczór… 😉

Czytaj dalej…

Kinderwyprawka sierakowsko – międzychodzka. Dzień 1

Trasa: Prusim – Zatom Nowy – Sieraków – Prusim

W piątek rano dołącza do nas jeszcze kilka ekip i ruszamy na naszą pierwszą trasę.

Zaraz po starcie witają nas konkretne kałuże na drodze, w sam raz na rozgrzewkę 🙂

Każdy radzi sobie na swój sposób aby je obejść, objechać lub przejechać, na szczęście unikamy większych wpadek 😉

Objazd, czy też bardziej… obejście…

Kolejne kałuże pojawiają się tak często, że postanawiamy opuścić drogę i pojechać dalej polem.

Piękna, rozjeżdżona przez sprzęt polowy ścierniskowa autostrada doprowadza nas do… nikąd. Cóż, robimy w tył zwrot – trzeba wracać się do rozjazdu…

Jeszcze tylko kilka łatwych kałuż i docieramy do wioski i asfaltu.

Przy pierwszym napotkanym sklepie następuje rozłam grupy i część rodziców z dzieciakami rusza na poszukiwanie lodów. Ja z Alą oczywiście też. 😉 Postój nieco się przeciąga, a mamy jeszcze kawałek do oddalonego kilka kilometrów promu na Warcie, który tego dnia kończy kursowanie w południe. Czasu nie jest za dużo, trzeba pogonić łasuchów. 😉 Ruszamy. Najkrótsza droga do promu na wyjeździe z wioski z asfaltówki zmienia się w gruntówkę, a po kolejnych kilkuset metrach w kopny piach. Zmusza nas to do pchania rowerów, a do ostatniego kursu promu czasu coraz mniej.

Piaszczysty odcinek nie jest jednak zbyt długi, a od skrzyżowania z drogą Międzychód – Sieraków wracamy na asfalt. Na prom docieramy chwilę przed ostatnią przeprawą. Czekamy jeszcze chwilę na ogon naszej wycieczki, a „kapitan” już się niecierpliwi i chce odpływać. Ale po krótkich namowach czeka na wszystkich. 😉

Dla małych rowerzystek i rowerzystów przeprawa takim promem to całkiem nowa przygoda.

I chwila odpoczynku od pedałowania 😉

Całkiem tłoczno 😉

Kierunek Sieraków!

„Rozrywka” na odpoczynkach 😉

Dziewczyny znajdują swoistą miejscówkę do jedzenia żelków.

Po obiadku w Sierakowie z pełnymi brzuchami ruszamy w kierunku plaży nad jeziorem Jaroszewskim. Całe szczęście, że na tym odcinku jest wydzielona droga dla rowerów, gdyż ruch na szosie jest spory.

Pełnia szczęścia!

Znad jeziora przepędzają nas dopiero pierwsze krople deszczu. Na szczęście deszcz pada niewiele dłużej niż znalezienie na dnie sakwy i założenie kurtki przeciwdeszczowej, więc po chwili możemy już spokojnie podążać w kierunku naszego obozowiska. Od tego momentu większość naszej trasy wiedzie gruntówkami i drogami leśnymi.

Objechawszy jezioro Jaroszewskie możemy podziwiać z punktu widokowego jego panoramę w pełnej krasie. na drugim brzegu widać również plażę, na której urzędowaliśmy jeszcze pół godziny wcześniej.

Ale żeby podziwiać takie widoki, do widokowego miejsca trzeba dojechać albo… dojść 😉

Górka faktycznie jest całkiem stroma!

Na chwilę jeszcze wracamy na asfalt.

Po pełnej przygód wycieczce w końcu docieramy do naszej bazy. A w bazie, jak to w bazie – gotowanie, zabawy dzieciaków, pogaduszki rodziców, no i oczywista rzecz – kulminacja wieczoru – kolejne ognisko! 🙂

 

Czytaj dalej…